Wszystkie miasta pachną tak samo.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy miałam okazję doświadczyć czegoś bardzo dla mnie miłego, co mogłoby do histerii doprowadzić wiele osób, które znam. Spędzałam prawie każdy weekend w innym mieście. Świetnie było wydawać całe zarobione pieniądze na bilety, na kawę i na whisky z lodem. Świetnie było być ciągle gdzieś indziej. I co może być błogosławieństwem, ale też przekleństwem – nie mam nic, co mnie zatrzymuje. Nie należę do żadnego miasta, do żadnego domu, do żadnego miejsca na świecie. W związku z tym wszędzie jestem tylko odrobinę, wszędzie na chwilę, robię przystanki dłuższe czy krótsze, zachwycam się, czasem nawet  lubię wracać, ale nie należę.

Z jednej strony jest super, w dobie możliwości, w dobie podróży, w momencie gdy cały świat jest na mniejsze lub większe wyciągnięcie ręki – ja mogę ją wyciągnąć, wziąć i nie bać się, że będę tęskniła za miejscem pozostawionym. Bo nie będę.

Z drugiej zaś strony wiem, że przerażam ludzi, którzy mnie kochają. Bo świetnie zdają sobie sprawę z tego, że nie można ze mną planować wspólnej przyszłości dalekiej. Że nie ma czegoś takiego jak ja obok, jak ja na zawsze. Nie ma na zawsze.

Ale nie ważne w jakim mieście jestem, w jakim państwie – wszystkie te miejsca pachną tak samo. Wyglądają tak samo. Mają wspólne punkty. Wszędzie napiję się coca-coli, wszędzie zjem pizzę. Wszędzie znajdę podobnych do siebie ludzi, te same auta, te same obawy.

W związku z tym, gdy w tym roku udało mi się uczestniczyć w Łódź Design Festival od razu przykleiłam się do wystawy fotografii Charlie Koolhaas – City Lust, Pragnienie miasta. I oczywiście zabierałam tam każdą moją oprowadzaniową grupę, licząc na to, że też się zakochają. A, że się zawsze zatrzymywali, to może chociaż odrobinkę udało mi się wyobraźnię podsycić, umysły pootwierać.

Charlie Koolhaas to artystka, która wychowała się w Londynie, urodziła w Danii, a studiowała w Nowym Jorku. Może dlatego pojęcie miast i ich.. jednakowości, jest jej tak bliskie. Bo właśnie o jednakowości miast mówi Koolhaas w swoim cyklu City Lust. O tym, że globalizacja zjada metropolie i czasem naprawdę trudno nam odróżnić je od siebie. Bo budka z hot-dogami zawsze będzie wyglądała tak samo, nieważne, czy będziemy w Tokyo, Huston czy w Poznaniu.

Koolhaas swoim cyklem zadaje pytanie – czy to dobrze? Czy to prawidłowe, że globalizacja zaciera granicę, które kiedyś pozwalały na identyfikację? Czy ten proces niesie za sobą pozytywne ,czy może negatywne skutki? I pozwala nam się nad tym zastanowić, w odpowiedzi dając zdjęcia różnych miast. Bez podpisów, bez ich najbardziej znanych punktów. Z rzeczami, które mogły tak naprawdę przytrafić się w każdym z nich pyta – hej, potrafisz się odnaleźć?

Wystawa Koolhaas do mojej głowy przynosi jeszcze jedno pytanie.
Czy naprawdę w każdym mieście jest tak samo?

I wiem, że odpowiedź zawarta jest w zdaniu, które sprawia, że czasem kochające oczy zachodzą ciemną mgłą rozczarowania.

 

Przecież nie dowiesz się nigdy, jeśli nie sprawdzisz.


Zdjęcia Charlie Koolhaas odnaleźć można tu: (KLIK)


Zdjęcia z wpisu autorstwa Estery Kot, przedstawiają mnie i miasta. Proszę nie kraść bez słowa.

 

Reklamy

One thought on “Wszystkie miasta pachną tak samo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s