Punkt odniesienia

Moje niedzielne popołudnia są nudne i rutynowe. Jeśli mam na to tylko odrobinę czasu, zazwyczaj spędzam je leżąc, słuchając muzyki, lub czytając książki. Jeśli jest lato, zazwyczaj zabieram się w podróż rowerem gdzieś w znane mi miejsce, a potem leżę, słucham muzyki, lub czytam książki. Podobnie było tym razem, lecz zamiast książki wybrałam film – Szukając Vivian Maier.

Między mną a Vivian Maier pojawiła się jednak mama, która pewnie nawet czyta ten post.
Wsunęła się przed ekran i szybko stwierdziła, że oglądam dokument o kimś chorym psychicznie, że nie powinnam tego robić, że widok kobiety, która całe życie spędziła robiąc zdjęcia i zajmując się cudzymi dziećmi nie może wnieść do mojego życia nic dobrego. Szczególnie, że wiecie no… Mam 20 lat. Czas najwyższy na męża i dzieci, a nie jakieś artystyczne propagandy.

Zacisnęłam usta i szybko wyprowadziłam swój artyzm z pokoju, lecz gdy później dokańczałam film – coś mnie zaniepokoiło.

Owszem, Mama miała rację. Mamy chyba zawsze mają rację, ale to nie sprawiło, że zaczęliśmy ich słuchać. Im więcej czasu mijało, tym częściej przedstawiona w filmie fotografka wydawała się dosyć dziwną istotą.

Jej prace zostały odnalezione przypadkowo, by później i samą ich autorkę przypadkowo trzeba było odnajdywać. Nikt do końca nie wiedział kim była, co robiła, dlaczego tak, a nie inaczej. Swoją rodzinę uśmierciła jeszcze gdy była ona żywa – podobno miała później jedną bliską krewną, z którą oczywiście nie utrzymywała kontaktu. Zajmowała się dziećmi, osobami starszymi i można by rzec, że odwalała brudną robotę za rodziców zbyt zajętych pracą, by zajmować się własnymi dziećmi. A te, uwielbiały ją. Miała w sobie bowiem jakąś niezatartą dziecięcość, potrzebę odkrywania i doświadczania rzeczy. Uczyła się tak, jak niemowlaki – skupiając wzrok na ciekawiących ją przedmiotach. Lecz Vivian zamiast swoich oczu, skupiała na nich oczy swojego aparatu, który nosiła ze sobą wszędzie. I robiła to dobrze.

Im bardziej chcemy ją poznać, tym więcej kontrowersji pojawia się wokół niej. Podobno nie miała przyjaciół, lecz w dokumencie jasno widać jak wiele osób ją uwielbiało. Podobno była świetną nianią, lecz niektórzy podopieczni mówią o tym jak biła ich czy głodziła. Podobno była inspirującą artystką, lecz osoby u których mieszkała opowiadają o tym jak wpadała w paranoję, gdy rzeczy, które zbierała i miała ich całe mnóstwo – wpadały w niepowołane ręce.

Ale była wolna. To trzeba jej przyznać. Nie mając nic, mogła mieć wszystko. Nie mając rodziny, narodowości czy przyjaciół, przemierzała stany i mogła zatrzymać się w dowolnym miejscu i tam – przybrać dowolną pozę. Ilu z nas czasem o tym marzy?

W późnym wieku Panną Maier zajęli się jej byli podopieczni, którzy pomagali jej finansowo. Umarła jednak samotna, nie zostawiając po sobie nic prócz zdjęć i kilkunastu ludzi, których wychowała – przez co na zawsze zmieniła ich życia.

Lecz gdy zastanawiam się nad życie panny Maier najbardziej nurtuje mnie pytanie – Czemu chcemy ją zaszufladkować? Każda z historii opowiedzianych o niej, które do tej pory przeczytałam w internecie stara się w jakiś sposób wyznaczyć ramy jej osobowości – spokojnie stwierdzić: dobra czy zła? Jako fotograf, jako człowiek, jako opiekun. Po co jednak wybierać jej szufladkę i do niej ją chować? Gdy zbierzemy fakty, to okaże się szybko, że jest ich bardzo mało. Nazywała się Vivian Maier, zrobiła w życiu tysiące fotografii, wychowała kilkanaście osób. Każda z nich może mieć o niej inne zdanie, każda fotografia może ukazywać inną osobowość, każdy z nas może uważać ją za kogoś innego. Moja mama za chorą psychicznie, ja za zagubioną, jej fani za nieodgadnioną. Dodam do naszych faktów jeszcze tylko jedną rzecz. Vivian Maier definitywnie nie żyje. I wiecie co? Jestem całkiem przekonana, że gdzieś ma co o niej myślcie. Bo w zasadzie co to za różnica kim się jest, jak się postępuje? Czy nie jest najważniejsze to, czym dzielimy się z innymi, co pozostawiamy po sobie?

Zostawiam Wam kilka zdjęć autorstwa Vivian Maier. I pozwalam Wam oceniać tylko jej pracę, nie zaś osobowość – której nikt z nas przecież nie znał.

www.vivianmaier.com

Reklamy

One thought on “Punkt odniesienia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s