Wstręt.

2015-01-09-consumerism

Jako iż przeprowadziłam się z domu rodzinnego do kraju innego niż dotychczasowo, skazana jestem nijako na poznawanie całych chmar nowych osób. W większości przypadków to doświadczenie jest więcej niż wspaniałe. Jako, że nikt mnie tu nie zna i tym samym nie ocenia przez pryzmat wcześniejszych dokonań (nikt nie wie o plakatach z gębą) ani znajomości (artystycznych przecież, mniej lub bardziej), mam szalenie ważną w życiu każdego młodego człowieka aspirującego do miana twórcy treści, możliwość poznawania ludzi z różnych kręgów. Często, co najwspanialsze, te kręgi są całkowicie przeciwne. W domu mam wspaniałe przyszłe pielęgniarki, które zamierzają swoje życie zawodowe poświęcić opiekowaniu się dziećmi i są w to naprawdę zapatrzone. Wracając z praktyk opowiadają o uroczych bobasach, którymi musiały się zajmować a ja jestem odrobinę mniej przerażona obecnym wyglądem świata, wiedząc, że istnieją jeszcze tacy ludzie jak moje współlokatorki. Poznaję studentów prawa z Nigerii i studentów rachunkowości z Mongolii, którzy opowiadają mi o tym jak za rok czy dwa skończy im się wiza i będą musieli wrócić do swojego kraju, by starać się o wizy przedłużenie i tym podobne. Poznaje ich i w oczach stają mi łzy, że ludzkość z tylu wspaniałych możliwości rozwoju – wybrała tworzenie niewidzialnych granic z widzialnymi zakazami ich przekraczania. Egoistycznie błogosławię moją słodką Polskę, że mimo wszystko – jest w Europie. Jak się dowiedziałam, w Europie Wschodniej… Pocieszam się, że chociaż wiedzą, że w Europie.

Poznaję kucharzy i managerów, kelnerów i sprzątaczki, artystów i poetów, pracowników muzeów i uniwersytetów, policjantów i wolontariuszy zajmujących się dziećmi, elektryków i specjalistów od tworzenia gier komputerowych. Jest z czego wybierać, na szczęście. Odnajduję się jednak lepiej wśród tych, którzy jednak mają ochotę komuś pomóc – chociażby najmniej, ale jednak wesprzeć. W momencie gdy siebie i swoje dokonania uważam za wysoce nieużyteczne społecznie, w momencie gdy szukam sposobu by trochę się jednak temu światu szaremu od smogu przysłużyć, jest to naprawdę konieczne.

Dlatego moim najnowszym testem osobowości jest pytanie– „Co myślisz o pracy dzieci w Chinach/Bangladeszu?” Tak wiem, godne intelektualisty, ale czy na pewno? Chociaż kwestia ta powinna być, moim zdaniem, czymś o co zapyta się pewnego dnia każdy z nas – jednak raporty o wiedzy ekonomicznej Polaków nie pozostawiają mi złudzeń. Nie odróżniamy punktu procentowego od procentu, kwoty brutto od netto, więc jakim cudem mamy mieć jakąś wiedzę na temat taniej siły roboczej? Łudzę się jednak, że swoim rozmówcom zadawać je mogę – jesteśmy na Wydziale Biznesu, Prawa i Socjologii… chyba więc powinniśmy mieć jakąś najmniejszą wiedzę o świecie. Przecież podobno na miejsce każdego z nas czekało 30 innych osób.

No więc pytam. Pytam i czekam na odpowiedź. A potem oczy ze zdumienia przecieram i swoją grubą jak encyklopedia którą dostałam na komunię świętą, książką do marketingu, mam ochotę zdzielić przez łeb i wyjść. „Z biznesowego punktu widzenia jest taniej – więc dla mnie lepiej. Mi to nie przeszkadza”.
Brawo my. Brawo ludzkość.

Możemy sobie pogratulować. Możemy sobie zacząć brawa bić moi drodzy. Udało nam się stworzyć beznadziejny system jakim jest kapitalizm, z kryzysami które przychodzą średnio co 10 lat i uwierzyć, że nie ma innej drogi! Brawo. Nagle się okazuje, że przyszła wykształcona kadra menadżerska z którą mam styczność na co dzień, która ma wielkie szanse pewnego dnia zarabiać krocie, ma zamiar prawdopodobnie poczekać na kolejny słodki kryzys, który z punktu widzenia zapaści chińskiej gospodarki nie wydaje się już wcale taki daleki. Przypominam jedynie, że ledwo nam się udało wyjść z kryzysu rozpoczętego przez upadek banku Lheman Brothers. Jakbyśmy przypadkiem nie pamiętali, rok 2007. Ale pełne 10 lat od tego kryzysu nadchodzi wielkimi krokami, to czego się spodziewaliśmy w zasadzie? Że będzie dobrze? Jak, skoro nie chce nam się nic zmieniać?
Przekonani o nieistnieniu żadnego innego sposobu na gospodarkę, siedzimy w swoich poliestrowych koszulach stworzonych przez małe dzieci z Bangladeszu za głodową stawkę, by w źle klimatyzowanych pomieszczeniach zarabiać na pensje naszych managerów. I denerwuje nas to i nic nie możemy zrobić i nasze pensje zmuszają nas do kontynuowania cyklu, w którym wszyscy tracimy. Ale czy rzeczywiście nie da się?
Zmiany proponuję zacząć od malutkich kroków. Przeczytać coś o ekonomii, jakąś przyjemną książkę – jak te od Harbona Changa. Następnie można się zastanowić czy coś w naszych domach jest jeszcze stworzone pracą dorosłych ludzi z dostępem do toalety i jedzenia. W międzyczasie można spojrzeć na to:li-liao

Konsumpcja to fotografia Li Liao – artysty polecanego przez artnet news jako jednego z „Dziesięciu wybitnych artystów tysiąclecia, których trzeba śledzić”. 33letni artysta konceptualny postanowił na 45 dni zatrudnić się w fabryce produkującej dla Apple. Wymogi fabryki? Umie czytać i jest zdrowy. Dlaczego akurat 45 dni? Bo tyle właśnie zajęło mu zarobienie pieniędzy na ipada, którym następnie zrobione było zdjęcie. 45 dni bez innych wydatków, ponieważ tania praca jakimś dziwnym sposobem nadal rodzi luksusowe dobra.

Czy naprawdę powinnam coś jeszcze dodawać? Tylko tyle, że i tak piszę ten tekst na laptopie wyprodukowanym w Chinach. I to tyle, z mojego sprzeciwu. Ostatecznie – wiem, że jestem zła. I mam do siebie wstręt.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s